Dobrze mi się myślało o tej notce podczas kąpieli, teraz jednak odczuwam sporą pustkę. Opisuję ją głównie dlatego, żeby przestawić się na pisanie o wnętrzu, na bezkompromisowe spojrzenie w siebie. Dyskusje nie najlepiej na mnie wpływają – gdyż, nieprzypadkowo, niezbyt wierzę w dojście do czegokolwiek. Z prostej przyczyny – mało kto dyskutuje po to, aby do czegoś dojść. Dyskusja jest raczej rodzajem gry – w udowadnianie, przekonywanie, w widowiskowe akcje mające wygrać dla nas „publiczność”. Machanie kartkami, chwytliwe teksty, odwołania do uczuć. Nie chce mi się, i tak wszystko rozbija się o założenia.
Podczas czytania mangi opartej na budowaniu relacji między bohaterami i pokazywaniu ich uczuć i historii przypomniałem sobie „jak to było ze mną kiedyś”. Po pierwsze – jak wyglądało to całe budowanie relacji z ludźmi, gra z przywiązanie, w miłość, w przyjaźń. Po drugie – przypomniałem sobie dlaczego lubiłem czytać takie mangi, książki, oglądać takie filmy.
Relacje międzyludzkie opierane są w głównej mierze na uczuciach – to fakt, z którym nie chcę się pogodzić. Gdy byłem młodszy co jakiś czas próbowałem się otwierać na różnych ludzi, przelewać na nich swoje uczucia, cieszyć się szczerą rozmową. Zwykle w takich sytuacjach dostawałem „kosza”, ludzie odrzucali mnie, byłem zbyt „dziwny”, zbyt „otwarty” i zbyt „wkurzający”. Nie mogłem zrozumieć dlaczego tak się dzieje, dlaczego inni budują przyjaźni, szczere związki, dogadują się z innymi, a ja, koniec końców, zawsze zostaję sam.
Dokonałem zmiany siebie – zostałem inteligentnym sk**synem. Trzymałem ludzi na dystans, uśmiechałem się ironicznie i za pomocą kilku słów potrafiłem sprowadzić prawie każdego do parteru. Wtedy też byłem sam, ale nie przeszkadzało mi to tak bardzo, do momentu, kiedy się zakochałem.
Po perypetiach z zakochiwałem się wpadłem w mocną depresję i wtedy dopiero zaczęły się kształtować jakieś głębsze relacje w moim życiu. Byłem „tajemniczy”, wciąż byłem inteligentny i potrafiłem ludzi sprowadzać do parteru – ale zwykle mi się nie chciało. Ludzie lgnęli do mnie bo dawałem im pewną mieszankę bólu i nadziei. Słuchałem ich historii, opowiadałem historie ze swojego życia, jednak otwierałem się rzadko. Tak jak wcześniej ja chciałem, aby inni się na mnie otworzyli, abyśmy stworzyli wspaniałą relację, tak teraz ludzie chcieli tego ode mnie. Chcieli tego tylko dlatego, że byłem tak zamknięty, że kusiło ich to, czego nie widzieli. Gdybym był otwarty – byłbym tak samo sam jak wcześniej. Zamknięty byłem głównie dlatego, że już mi nie zależało na relacjach. Nie wierzyłem, że mogą mi coś dać.
Były pewne wyjątki. M.in.: moim przyjacielem był Kicu – ktoś, kto odrzucił mnie jeszcze w czasach, gdy nie wykształciłem sobie zębów, gdy byłem otwartym na innych grubym popychadłem, i zrobił to również później, gdy byłem inteligentnym sk**synem. Gdy byłem w depresji dostrzegł we mnie „wartościowego człowieka”. Byłem też wtedy mniej „natarczywy”, mniej „otwarty” a przez to – mniej wkurzający. Innymi słowy – z powodu, że nie chciałem otwierać się na ludzi, że nie zależało mi na tym, aby budować relacje Kicu został moim przyjacielem.
Potem, po nawróceniu, wlazłem mu z butami w życie, gdyż uważałem, że to jedyny sposób aby go uratować. Uznał, że przesadziłem, poniekąd słusznie. Często mówił, że z przyjaźnią jest jak z zakochaniem, że to uczucie. Miał rację.
Dlatego nie chcę z nikim budować relacji na uczuciach. Nie chcę, aby ktoś był ze mną w związku „bo się zakochał”, albo był moim przyjacielem bo „czuje do mnie przywiązanie”. Uczucia to tylko uczucia, można nimi sterować, zarówno z zewnątrz jak i w samym sobie. Dziś potrafiłbym już „budować relacje”, rozkochiwać w sobie, tworzyć „nici przywiązania”, byłoby to jednak, z mojej strony, wielkie oszustwo. Pokazywałbym ludziom to, co chcieliby zobaczyć, udawałbym, że nie zależy mi na nich po to, aby im na mnie zależało. Dlatego włażę z butami, z całym moim przytłaczającym ego, hałasem i chaosem. Jeśli ktoś, mimo tego, będzie gotów ze mną rozmawiać, nie odrzuci mnie – mamy na czym budować. Nie na kłamstwie, na manipulacji, lecz na tym, kim naprawdę jestem.
Podobno, gdybym „zachowywał się inaczej”, był milszy dla ludzi, nie tak „przytłaczający” ludzie bardziej by mnie lubili. Słyszałem takie stwierdzenie, parę razy, od różnych osób. Jest ono słuszne – tyle, że mi nie zależy na tym, żeby ludzie mnie lubili dlatego, że dobrze gram swoją rolę. Zależy mi na przyjaźni wynikającej z chęci, woli budowania czegoś razem, ze zrozumienia osiągnięć, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Nie chcę nigdy usłyszeć „nie będę z Tobą, bo już Cię nie kocham”, „nie będę Twoim przyjacielem, bo nie czuję już tego co kiedyś”. Takie relacje nie wynikają z tego, że druga osoba jest dla nas ważna. One wynikają z tego, że nasze uczucia do drugiej osoby są dla nas ważne. Nie kochamy innych, kochamy naszą miłość do innych.
I tak dalej.
PS A mangi i książki o budowaniu relacji tak dobrze mi się czytało, bo bohaterowie budowali coś tak wspaniałego, coś, czego brakowało mi w moim życiu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz